Burza
niedziela, 18.grudnia.2011, 20:45
Gdyby Gracia Dumbledore była postacią rzeczywistą kończyłaby dzisiaj już 62 lata. Dla uczczenia tego wydarzenia nowy rozdział. Zawiera on jedno z wydarzeń, którego zdecydowanie w przyszłości wolałaby nie pamiętać.
- A flamenco kiedy mnie nauczysz tańczyć? - dopytywała Gracia przy obiedzie, kilkanaście dni później.
- W swoim czasie - odparła ciocia.
Aberforth Dumbledore od dłuższego czasu grzebał widelcem w swoim talerzu.
- Mogłabyś mi powiedzieć, co to za mamry? - zapytał w końcu.
Od wizyty Rodriga Porfirio sprawiał wrażenie, jakby chciał być uprzejmy dla cioci. Jednak nie bardzo mu to wychodziło.
- Gazpacho - odparła Landra Navarro ostrzegawczym tonem.
- Ostatnio smakowało inaczej - mruknął ojciec. - I nie było tak rozbabrane. Może jednak zdecydowałabyś się ugotować coś normalnego? Wczoraj bez gadania zjadłem tę całą paellę z obrzydliwą rybą, przedwczoraj babską zupę migdałową... Chcesz mnie wykończyć?
- Może sam weźmiesz się za gotowanie? - przerwała mu ciocia. - Albo idź się upić. Wtedy dużo łatwiej z tobą wytrzymać.
- Wymiana zdań godna starego dobrego małżeństwa - nadpłynął z salonu głos wujka Albusa. - Dzień dobry.
Poza Gracią nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- Myślałem, że już ustaliliśmy podział obowiązków - zauważył ojciec. - Gotowanie to twoja domena.
- Więc jedz, co podaję i przestań marudzić - zakończyła dyskusję ciocia Landra. - Zjesz gazpacho, Albusie?
Wujek Albus wciąż pojawiał się u nich rzadko, ale zawsze w odpowiedniej chwili, aby nie doszło do awantury. W domu od porannego powrotu cioci z opery panowało swego rodzaju zawieszenie broni. Zwłaszcza ze strony Aberfortha Dumbledore'a, bo w zachowaniu cioci nic się nie zmieniło. Gracia czasami zastanawiała się czy ojciec nie jest czasem zazdrosny o swoją szwagierkę. Zaczął im nawet towarzyszyć w zakupach, mierząc ostrym spojrzeniem każdego mężczyznę, który odważył się zerknąć na odsłonięty dekolt cioci. Wywoływało to złośliwe uśmieszki na twarzach kobiet z Hogsmeade.
Jednak dwa tak wybuchowe temperamenty, jak Landry Navarro i Aberfortha Dumbledore'a, czasami potrzebowały mediatora. Rolę tę nieświadomie przyjął wujek Albus, któremu co prawda ciocia lubiła "wbijać szpilę", ale samą jego osobę lubiła jeszcze bardziej. A przynajmniej wszystko na to wskazywało...
Mrozy tej jesieni nadeszły szybciej niż w poprzednich latach. Jakby również przyroda wiedziała, że tego lata odszedł ze świata ktoś, kto wypełniał ciepłem serca najbliższych. Zaledwie wrzesień dobiegł końca, a rankiem trawy pokrywały się szronem. Zamiast deszczu padał ciężki grad z uporem niszcząc każdą wiązankę, jaką położono na grobie Milagros Dumbledore. Niezadowolona Landra Navarro swoje zwiewne suknie zmuszona była zastąpić własnoręcznie zwężonymi, grubymi szatami czarodzieja, wygrzebanymi z rzeczy pozostałych po jej siostrze. Jedwabny szlafrok zastąpił inny - frotowy, o wiele mniej kobiecy, który o dziwo, zakupił dla niej sam Aberforth Dumbledore.
Gracia nawet czasami współczuła cioci, gdy rozpieszczana w Hiszpanii kobieta, zziębnięta i mokra wracała z zakupów. Ponieważ przez pijackie wybryki ojca budżet domowy poważnie się uszczuplił i w ich skrytce w Banku Gringotta zaczęło brakować galeonów, teraz pan Dumbledore musiał porządnie wziąć się do pracy co spowodowało, że niemal całe dnie spędzał w swojej Gospodzie pod Świńskim Łbem. Rzecz jasna, uwadze Gracii nie uszło, że niegdyś przytulna knajpka, którą z dużym wysiłkiem i zaangażowaniem stworzyli Aberforth i Milagros Dumbledore, w której do niedawna czarodzieje przybywający do Hogsmeade mogli zjeść porządny domowy posiłek i rozkoszować się swojskimi ciastkami i puddingami, teraz mocno podupadła. Niespełna trzy miesiące minęły od śmierci pani Dumbledore, a gospoda służyła głównie tym, którzy wstępowali tutaj na kieliszek Ognistej Whisky lub kufel gorącego piwa imbirowego na rozgrzewkę w mroźne dni. Pomieszczenia zaś były ponure i pozbawione panującej w nich do niedawna rodzinnej atmosfery. Co więcej, robił się w nich coraz większy bałagan.
I nie była to, jak twierdził Aberforth Dumbledore, wina Landry Navarro, która kategorycznie odmówiła współpracy, stwierdzając, że już prowadzenie domu i opieka nad dzieckiem jest ponad jej siły, poza tym wciąż pracuje dla hiszpańskiego Ministerstwa Magii. Gracia nie miała cioci nic do zarzucenia. Nie raz w nocy budził ją dźwięk cynowego wiadra, gdy po wyszorowaniu na klęczkach ostrą szczotką wszystkich podłóg w domu, panna Navarro wychodziła, aby przynajmniej przetrzeć te w gospodzie.
Dziewczynka nie wychodziła wtedy z łóżka, a po powrocie cioci, udawała, że już dawno śpi. Doskonale wiedziała, że wszystkie obowiązki, która na nią spadły, panna Navarro traktuje jako ogromny despekt i upokorzenie dla własnej osoby i wolała, żeby nikt jej nie widział podczas ich wykonywania. Ciocia sama nigdy tego na głos nie powiedziała, ale łatwo było to wywnioskować z jej zachowania. Po pierwsze, wszystkim tym zajmowała się w nocy, a na ulicę wychodziła tak zakapturzona, że nawet czubek nosa jej nie wystawał, a po drugie ani razu nie wspomniała o tym co robi w żadnej ze swoich rozmów z Albusem Dumbledorem lub tym bardziej, ze swoim bratem.
Wuj Alejandro pojawiał się u nich w kominku nadzwyczaj często i z niewiadomych przyczyn jego "wizyty" napełniały Gracię niewytłumaczalnym lękiem. Jakby wróżyły dziewczynce coś złego. Gdy zwierzyła się z tego cioci, ta uspokajała ją, że jeszcze za dobrze go nie zna i że wszystko się zmieni, gdy spędzą ze sobą więcej czasu. Sama jednak do każdej rozmowy przygotowywała się bardzo dokładnie, a nawet zaczęła zakładać rękawiczki na coraz bardziej spracowane ręce. Natomiast, jeśli wuj robił jakąś uwagę na temat tego, że ciocia jakoś dziwnie zmarniała, ta tłumaczyła mu, że to wszystko przez pracę dla jego Ministerstwa, bo ślęczy nad papierami po nocach lub zrzucała winę na klimat panujący w Wielkiej Brytanii. Potem tak umiejętnie potrafiła go zagadać, że zapominał o trosce o siostrę. Dyskutowali głównie o postępach Gracii w nauce języka katalońskiego i hiszpańskiego. Sama dziewczynka nie raz miała okazję zaprezentować swoje umiejętności. Wuj Alejandro chwalił ją nawet za najmniejszą rzecz, co było bardzo miłe, ale również zaskakujące. Gracia zastanawiała się czasami czy to nie przypadkiem wymagająca ciocia Landra namówiła go do tego, aby w ten sposób nieco ośmielił siostrzenicę.
Wkrótce Gracia poznała jeszcze jednego członka rodziny Navarro, o którym do śmierci mamy nikt jej nie wspominał. W kominku zaczęła pojawiać się wręcz ubóstwiana przez ciocię i wujka ich macocha. Była to kobieta około pięćdziesięcioletnia o ciemnych oczach i mimo upływu lat, wciąż czarnych włosach, które upinała dokładnie tak, jak na co dzień ciocia. A może to ciocia czesała się tak jak jej macocha... W odniesieniu do pasierbicy była ciepła i uczuciowa, natomiast ile razy w zasięgu jej wzroku znalazła się Gracia, traktowała ją z chłodną obojętnością. Nie zareagowała nawet na informację, że ciocia zaczęła uczyć Gracię flamenca, choć podobno sama kiedyś tańczyła w tawernie na terenie hiszpańskiego Ministerstwa Magii i tam właśnie "wyrwał ją" dziadek.
- Zobaczę jaką jesteś nauczycielką, kiedy tam przyjadę. - Było jedynym komentarzem, a później zajęła się tym, gdzie jej pasierbica ma zamiar spędzić święta.
Gracia wolała więc iść do swojego pokoju i nie przeszkadzać w tej "rodzinnej" rozmowie. Estellę Navarro, bo tak nazywała się macocha cioci, trudno było zresztą zbić z pantałyku, tak jak wuja Alejandra. Nieustannie wypytywała, czy ciocia dobrze się odżywia, czy dba o siebie i dlaczego ma cienie pod oczami. Przesadą, zdaniem Gracii, było to, gdy zapytała czy czasem nie powinna namówić wuja Alejandra do tego, aby przysłał jej kogoś z ministerstwa, żeby się nią zajął. Dziewczynka uważała, że jedna wizyta Rodriga Porfirio w zupełności jej wystarczyła. Dotąd nie rozgryzła, co takiego Landra Navarro mogła z nim robić przez całą noc. I nawet sama Gracia nie przewidziała jak katastrofalne w skutkach okażą się dla niej coraz częstsze wizyty kobiety w ich kominku.
Noc Duchów była jednym z najważniejszych świąt nie tylko w Hogsmeade, ale w całym świecie czarodziejów. Nic dziwnego, że wioska zamieszkana tylko i wyłącznie przez nich, 31. października wprost emanowała magią i... strachami. Choć był dopiero środek dnia, niemal wszystko było gotowe. Girlandy niczym węże wiły się między piętrami domów, niemal w każdym oknie stały wydrążone dynie. Czarne koty, w tym Bruna, dumnie paradowały po ulicach, a nad głowami latały kruki.
Chociaż pogoda była ponura, Gracię po raz pierwszy od dłuższego czasu rozpierała taka radość. Wracały właśnie z ciocią od pani Puddifoot z rozgrzewającej herbatki. Zdobyły również przepis na pudding dyniowy, który ciocia zobowiązała się przygotować po usilnych prośbach i pochlebstwach Aberfotha Dumbledore'a.
- Mamy jakieś słodycze, gdyby ktoś do nas zapukał wieczorem? - zapytała Gracia, gdy zbliżały się do domu.
Odpowiedziało jej milczenie.
- Ciociu! - krzyknęła, żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Mówiłaś coś, kochanie? - ocknęła się z zamyślenia Landra Navarro.
- Tak. - Gracia przewróciła oczami. - Pytałam czy mamy w domu jakieś łakocie.
- Przecież upiekłam wczoraj pierożki z dynią - zdziwiła się ciocia.
- Ale one nie są słodkie - zaśmiała się Gracia. - Coś co nadziało się cebulą i przyprawiło chili nie jest łakociem.
- Nie? - zapytała nieprzytomnie Landra Navarro, a gdy jej siostrzenica pokręciła głową dodała: - No dobrze, zrobię jeszcze to ciasto dyniowe, o które męczysz mnie od kilku tygodni, ty mądralo.
- Super.
I znów zapadło niezręczne milczenie.
- Ciociu... - zagadnęła Gracia. - Martwisz się czymś?
Chwilę trwało, zanim panna Navarro zdecydowała się odpowiedzieć:
- Nie. Zastanawia mnie tylko to, że ani Etella, ani Alejandro, nie odzywali się do mnie już od kilku dni.
Rzeczywiście, było to coś niezwykłego, ale Gracii jakoś to nie przeszkadzało.
- Może chcą cię zmusić, żebyś "załatwiła tę sprawę"... - podsunęła dziewczynka, przypominając sobie fragment ostatniej rozmowy przy kominku.
Ciocia zaczęła się śmiać.
- Raczej wątpię...
- A co to jest właściwie za sprawa?
- Fierabras już nie jest potrzebny mojemu bratu, więc pora zakończyć naszą znajomość. - Landra Navarro wzruszyła ramionami. - Chwilowo jednak nie mam do tego wystarczających powodów...
Weszły do domu, a tam czekała na nie niespodzianka:
- Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Duchów - powiedział Albus Dumbledore, wskazując na ustawioną na stole ogromną dynię.
- Albus! Skąd ty to masz?! - zdziwiła się ciocia, obchodząc stół dookoła i przyglądając się na oko dwudziesto kilogramowej dyni, jak choince na Boże Narodzenie.
- Rzecz jasna z Hogwartu - odparł spokojnie wujek. - Za dużo nam tego wyrosło. Oczywiście, profesor Dippet wyraził zgodę na wyniesienie jej za granicę szkoły. Chodzą po wiosce plotki, że jakoś pusto macie w oknach. - Uśmiechnął się delikatnie.
- Jakoś nie miałam czasu, żeby się tym zająć - odparła szybko ciocia, nie wiedzieć czym znowu zdenerwowana.
Wyciągała już ze spiżarni różne rzeczy.
- To wy zajmijcie się wydrążeniem tej... latarni - powiedziała w końcu. - A ja postaram się przygotować... pudding z dyni..., powiedzmy z sosem karmelowym. Chyba możesz nam poświęcić trochę czasu, Albusie?
- Wydaje mi się, że do uczy w Hogwarcie mam jeszcze dużo czasu... - odpowiedział wujek, patrząc na zegarek.
- To świetnie. Wygląda na to, że bratanica się za tobą stęskniła.
Gracia ostro przytaknęła głową:
- A ciocia ostatnio łączy kuchnię brytyjską z hiszpańską.
- Właśnie widzę - zaśmiał się Albus Dumbledore. - Pudding... sos karmelowy...
- A dajcie wy mi święty spokój - wybuchnęła ciocia. - Do roboty!
No dobrze, nawet jeśli Landra Navarro była we względnie dobrym humorze, lepiej było jej nie podpadać. A jeśli ją coś niepokoiło, najlepiej było siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i potulnie wykonywać jej polecenia.
Pomimo nieobecności taty, to popołudnie trzeba było zaliczyć do udanych. Choć ciocia jak zawsze była uszczypliwa.
Ściemniło się, latarnia została ustawiona przed drzwiami (w oknie się nie zmieściła) i wujek Albus musiał wracać do Hogwartu.
- Idziemy straszyć? - zapytała Gracia, gdy wyszedł.
- Przecież miałaś iść z tatą... - zdziwiła się ciocia.
Sądząc po włosach w nieładzie i sukience siostry, którą miała na sobie, nie miała już zamiaru opuszczać domu.
- Ale taty nie ma... - odpowiedziała dziewczynka przymilnym tonem.
Landra Navarro zrobiła niezadowoloną minę, ale odłożyła trzymane dokumenty.
- No dobrze - westchnęła. - Napalę tylko w piecu i możemy wychodzić.
Gracia zajrzała do węglarki:
- Nie ma czym palić...
- W takim razie idę po węgiel do komórki...
Byle jak owinęła się burą, ciepłą peleryną, wzięła metalowe wiadro i wyszła przez drzwi ogrodowe.
W tej samej chwili Gracia usłyszała jakiś dziwny warkot. Zanim zdążyła podejść do okna, żeby zobaczyć co się dzieje, rozległo się pukanie i bez zaproszenia drzwi otworzyły się i stanęła w nich wysoka postać w pelerynie.
- Merde! Złamałam paznokieć! - rozległ się głos cioci Landy od strony kuchni.
Ze złością odstawiła wiadro, podniosła głowę i spojrzała prosto w oczy swojego brata, który właśnie zdjął z głowy kaptur, pozwalając rozpoznać się siostrzenicy. Przez jego twarz przemknął spazm wściekłości.
- Co? Ty. U diabła. Wyprawiasz?! - wydusił Alejandro Navarro przez zaciśnięte zęby.
Gracia szybko schowała się za ciocię.
- I jak ty wyglądasz?! - kontynuował hiszpański Minister Magii. - Co ty masz na sobie?!
Oniemiała ciocia stała z miną winowajcy.
- Co tutaj robisz? - zapytała zmieszana.
- Estella się o ciebie niepokoi - powiedział szybko pan Navarro. - Musiałem zmienić cały swój terminarz, bo chciała, żebym natychmiast sprawdził, co się z tobą dzieje. I całe szczęście, że to zrobiłem!
Wyraz twarzy jego siostry wskazywał na to, że jest odmiennego zdania.
- Po pierwsze ściągnij z siebie tę szmatę - warknął wujek, niemal zdzierając z niej pelerynę. - A po drugie idź się przebrać w coś normalnego. Wydajemy fortunę na suknie dla ciebie, a ty chodzisz w jakiś łachmanach.
Nie pozwolił cioci dojść do słowa:
- I pokaż ręce.
Landra Navarro była w takim szoku, że nawet nie protestowała, gdy wujek ją za nie złapał:
- Wiedziałem - powiedział, patrząc na jej dłonie. - Pani Guttierre nie doprowadzi ich do porządku przez miesiąc. Nie rozumiem, jak mogłaś pozwolić, żeby cię ktoś tak poniżył...
- Alejandro, to naprawdę nie...
- Błagam cię, choć raz nie dyskutuj, i tak tym razem to ja postawię na swoim - przerwał jej brat. - Jeszcze dzisiaj wracamy razem do domu.
- Przecież... - ciocia wyglądała na oszołomioną.
- Przebierz się, uczesz... I będziemy rozmawiać.
Landra Navarro rzuciła Gracii smutny uśmiech i poszła do swojego pokoju. Wujek natomiast dziewczynkę zupełnie zignorował. Kilka razy nerwowo przemaszerował przez pokój tam i z powrotem, po czym pogrzebał w zawieszonym na pasku woreczku, nabrał garść Proszku Fiuu, podszedł do kominka i wypowiedział jakiś adres w Barcelonie.
Przez dłuższą chwilę rozmawiał z kimś na klęczkach, a od ścian kominka odbijały się tylko ostrzejsze, wibrujące słowa w obcym języku. Gdy skończył, jakby sytuacja była jeszcze mało napięta, do domu wrócił ojciec.
- Ty... - zaczął Alejandro Navarro bez zbędnych powitań. - Coś ty zrobił z moją siostrą?!
Zbliżał się do niego niebezpiecznie.
- Chodzi ci o to, że w końcu zaczyna zachowywać się jak przystało na kobietę, a nie na... zorrę? - zapytał wyzywająco Aberforth Dumbledore, a jego ręka zacisnęła się na różdżce.
- Jak na kobietę przystało!? - ryknął wujek. Nie ma to jak hiszpański temperament. - Przecież robisz z niej kurę domową. Ona jest stworzona do wyższych celów!
- Do wyższych celów? - zakpił ojciec. - Za takie na pewno uważasz te, które przy pomocy swoich wdzięków załatwia z Ministrami Magii z innych krajów... Gdzie Alejandro nie może, tam Landrę pośle!...
- Posłuchaj mnie uważnie, bo nie będę się powtarzał - wysyczał pan Navarro przez zaciśnięte zęby. - Nie pozwolę, żebyście wykończyli moją ukochaną siostrę, tak jak wykończyliście Milagros!
Ojciec ryknął z wściekłości, błysnęło i w hiszpańskiego Ministra Magii pomknęło zaklęcie. Odbił je zręcznie i ruszył do kontrataku.
- Ciociuuuu! - Gracia z wrzaskiem pobiegła do jej sypialni. - Ciociu, oni się tam pojedynkują!
Landra Navarro wybiegła tak jak stała, w pośpiechu łapiąc różdżkę.
- EXPELLIARMUS! - krzyknęła, wbiegając do salonu.
Dwie różdżki pomknęły w jej stronę. Mimo widocznego wzburzenia zręcznie złapała je do lewej ręki. Stała ciężko oddychając. Jedwabny karmazynowy szlafrok zsunął się z jej ramion.
- Czy wyście zupełnie zdurnieli! - wrzasnęła na dwóch bacznie obserwujących ją mężczyzn. - Nie powiem, żebym się tego po Aberfordzie nie spodziewała, ale ty Alejandro! Słońce w Hiszpanii ostatnio mocniej grzeje?
- Przyjedziesz to sama zobaczysz - odparł pan Navarro. - I nie wiem czym się tak gorączkujesz. Ot, zwykły pojedynek czarodziejów.
- Zwykłe pojedynki czarodziejów dozwolone są w Hiszpanii. Ty jesteś w Wielkiej Brytanii, a tutaj obowiązuje bzdurne prawo i są zakazane. Zrozumiano? - wyłożyła ciocia.
- No cóż... - westchnął wujek. patrząc spode łba na Aberfortha Dumbledore'a. - Jeszcze nie raz spotkamy się na moim terytorium. - Pogrzebał w swoich papierach. - Tutaj masz do podpisu dokumenty pozwalające Landrze na wywiezienie Gracii za granicę i zgodę na przysposobienie dziewczynki przez moją siostrę - powiedział bardzo oficjalnie. - Równocześnie nie ograniczają twoich praw. Sprawdzone przez mój i wasz Departament Przestrzegania Prawa oraz przez Międzynarodową Konfederację Czarodziejów.
- Chyba nie myślisz, że cokolwiek ci podpiszę... - wydyszał ojciec.
Gracia spojrzała na niego z wyrzutem.
- Nie powiem, żebym spodziewał się po tobie czegoś innego - powiedział spokojnie Minister Magii. - Jednak zmienisz jeszcze zdanie. Papiery zostawiam... Landra, zbieramy się. Nie mam czasu sterczeć tutaj do jutra.
Alejandro Navarro zaczął zbierać rzeczy cioci, byle jak wrzucając je do kufra. Chyba nawet wpadła z nimi jakaś sukienka Gracii. Ciocia biegała za nim po całym domu, bardzo szybko mówiąc coś po hiszpańsku... A może to był kataloński... Od nadmiaru wrażeń Gracii kręciło się w głowie. Ojciec z miną obrażonego dziecka siedział na kanapie i ani mu się śniło załagodzić sytuację. Gracia sama raz czy dwa spróbowała zagadać do cioci, ale usłyszała tę samą odpowiedź:
- Nie teraz. - I znów pędziła za bratem.
Jak nie teraz to kiedy?!, coś buntowało się w ośmiolatce. Kiedy cioci już nie będzie na miejscu?
Po pół godziny takiej bieganiny i kilku trafnie dobranych uwagach brata, Landra Navarro dała sobie spokój i zabrała się za "doprowadzenie siebie do porządku". Chociaż spokojnie rozmawiała z siostrzenicą o głupotach, dziewczynka już wiedziała, że sprawa jej wyjazdu jest przesądzona. Chciało jej się płakać.
- Idziemy - zakomunikował pan Navarro po wylewitowaniu kufra siostry do bagażnika i zarzucił jej na ramiona atłasową pelerynę obszytą jakimś futrem.
- Już - odparła ciocia.
Przyklękła przed Gracią, aby ich twarze znalazły się na jednym poziomie i chwyciła ją za ramiona:
- Dbaj o siebie, dobrze? - powiedziała patrząc jej w oczy. Pachniała drzewem sandałowym i piżmem. Włosy miała upięte na karku, tak jak tego pierwszego dnia, gdy pojawiła się w ich życiu. - Jesteś mądrą dziewczynką i na pewno sobie poradzisz. A może tata, jak ochłonie, zgodzi się przyjechać z tobą na Boże Narodzenie do Barcelony.
Jak nigdy, przycisnęła ją mocno do siebie i pocałowała w policzek. Gracia stała oniemiała, nie mogąc wykrztusić słowa. Nie wiedziała, czy ma łapać ciocię, czy krzyczeć. Zobaczyła rąbek jej szaty znikający za progiem. Landra Navarro chciała odejść jak najszybciej.
Gdy Gracia w końcu chciała zapytać, dlaczego ją zostawia i popędziła za nią, było już za późno. Zobaczyła tylko rozbłysk światła na kolczykach w kształcie półksiężyców i samochód odjechał.
Wybiegła na ulicę, zaczęła biec. Biec przed siebie, byle tylko uciec od tego rozdzierającego duszę uczucia. Łzy spływały jej po policzkach, obijała się o przechodniów, wpadała na dyniowe dekoracje. Była sama w tym tłumie ludzi, w mieszaninie barw. Nie wiedziała gdzie się znajduje... Zamęt i pustka rozdzierały jej małe serce... Nie mogła się zatrzymać, tak samo jak nie mogła przestać odczuwać czegokolwiek. Nie mogła uciec przed bólem i rozpaczą. Jakby ogromny dementor, monstrum wysysające szczęście z powietrza, wziął ją w swoje objęcia. I nie było już nikogo, kto mógłby ją wyrwać ze śmiertelnego uścisku.
Nastrój:
tagi: